Najnowsze Wpisy

bilspiel69 Komentarze (0)
06. stycznia 2009 01:16:00
linkologia.pl spis.pl

BRZYDKA MIŁOŚĆ

      Pierwszy raz zobaczyłem ich w tramwaju. Wsiedli do środka i tak jak wiele innych par, zajęli wspólne miejsce. Ona usiadła na jego kolanach, on objął ją ręką. Rozmawiali ze sobą, śmiali się i całowali. A może raczej, składali delikatne pocałunki na swoich wargach. Ale byli zupełnie różni od tego, do czego przyzwyczaili się pasażerowie. Dlatego zwracali powszechną uwagę.

      Kolejny raz widziałem ich na ławce w parku. Znów nie robili niczego nadzwyczajnego, ale ludzie, którzy ich mijali, patrzyli na nich dziwnie. Oni na szczęście, zatopieni we własnym świecie, zupełnie nie zwracali na to uwagi. Dla nich istnieli tylko oni sami.

       Trzeci raz ujrzałem tę parę za wysokim ogrodzeniem z metalowych prętów. Wtedy poznałem ich imiona. Adam i Ewa. Zawołał tak do nich pan w brązowym habicie, który opiekował się nimi i podobnymi do nich.

      Może domyśliliście się skąd wynikała ich niezwykłość? Jeśli nie, to już Wam mówię. Obydwoje cierpieli na zespół Downa. Właśnie dlatego budzili wszędzie taką sensację. Wszyscy już przyzwyczailiśmy się do obecności takich osób wśród nas i, poza dziećmi, potrafimy już zachować obojętne milczenie. Ale para zakochanych Downów, to rzecz wyjątkowa.

     Jestem taki jak wszyscy, więc bardzo zaintrygował mnie ich związek. Lubiłem przyglądać się, jak są dla siebie czuli, jak nie widzą poza sobą świata. Najbardziej fascynowało mnie w nich jednak to, jak niesamowicie trzymają się za dłonie. Ich kształt jest u osób cierpiących na Downa nieco inny i gdy je splatają, przypominają poskręcany pień wierzby. Ale przez to wydaje się, że żadna siła nie jest ich w stanie rozłączyć...

     Tak jednak nie było. Któregoś dnia zobaczyłem osowiałego Adama, przyklejonego do prętów ogrodzenia. Od tej pory widziałem go już tylko poza nimi, nigdy na zewnątrz, w parku, czy w tramwaju. Za każdym następnym razem wydawał mi się coraz starszy i starszy. Przez dwa miesiące przybyło mu co najmniej kilkadziesiąt lat. Wreszcie zestarzał się tak bardzo, że pozostało mu już tylko odejść.

        Bardzo chciałem poznać szczegóły tej historii, ale nie wiedziałem, jak to zrobić. Ich znajomych nie mogłem o to spytać, bo nie potrafiliby udzielić mi odpowiedzi. Pozostawali tylko ich opiekunowie, księża. Ale dlaczego mieliby mi coś powiedzieć?

       Z pomocą przyszedł mi przypadek. Kiedyś na drzwiach budynku, do którego przylegał ten niewielki teren otoczony metalowymi prętami, zobaczyłem kartkę: POSZUKUJEMY WOLONTARIUSZY. Przez chwilę przekonywałem się w duchu, że pcha mnie do środka chęć niesienia pomocy innym. Ale to nie była prawda.

      Skierowano mnie do brata Kamila. Zwalisty czterdziestolatek, ze swoim sumiastym wąsem i ogolonym czubkiem głowy, mógł zagrać zaściankowego szlachcica.

- Co pana do tego skłania? – zapytał, gdy usiadłem.

- Kiedyś, jeszcze w trakcie studiów, robiłem sporo rzeczy na zasadzie wolontariatu. Opiekowałem się nawet przez jakiś czas autystycznym dzieckiem.

- A potem?

- Potem pracowałem za pieniądze. Ale teraz jestem w swoim zawodzie wolnym strzelcem i czasem mam dużo czasu.

Wszystko, co mówiłem, było absolutnie prawdą. Ale brat Kamil był zbyt dobrym znawcą ludzkich dusz, by się dać na to nabrać.

- Czuję, że jest coś jeszcze.

- Ma ksiądz rację.

       Nie było sensu kłamać. Opowiedziałem, co mnie wepchnęło do środka. Przez chwilę myślałem, że mi podziękuje i wyprosi. Ale on tylko patrzył na mnie uważnie i nad czymś się zastanawiał. Wreszcie wstał, podszedł do szafy i otworzył ją. Schylił się do jakiegoś pudła, które stało na dole i przez chwilę w nim szperał. Wreszcie wyjął niewielką ramkę ze zdjęciem. Siadając, podał mi ją. Na fotografii byli Adam i Ewa, w strojach młodej pary. Wyglądali trochę nienaturalnie, jakby nie do końca pasując do otoczenia. Za to uśmiechnięci byli tak szeroko, jak wtedy, gdy chodzili trzymając się za dłonie.

- To zrobił taki jeden grafik. Po prostu wpasował na komputerze ich buźki w czyjąś ślubną fotografię. To była dla nich najważniejsza rzecz, największa świętość. Wieczorami siadali przed stolikiem, na którym stało to zdjęcie i godzinami potrafili się w nie wpatrywać. Kiedy Ewa umarła, zabraliśmy Adamowi tę fotografię.

- Czemu?

- Mieliśmy nadzieję, że zapomni. Wie pan, oni są jak dzieci. Wszystko mocniej przeżywają, ale też łatwiej rzeczy ulatują z ich pamięci. Pewnie to było naiwne myślenie, bo oni byli ze sobą bardzo długo, ale co mieliśmy zrobić?

- Ile oni mieli lat?

- Ewa, jak na osobę z zespołem Downa, była bardzo stara. Miała 42 lata. Adam też według tej skali nie był najmłodszy. Miał 25 lat.

- Wyglądali, jakby byli w jednym wieku.

- Bo ją bardzo odmładzała ta miłość – uśmiechnął się do własnych myśli. – Zastanawiał się pan kiedyś nad istotą miłości?

- Nawet sporo. Napisałem wiele lirycznych wierszy na ten temat.

- I jaka ta miłość była w pana wierszach?

- Raczej szczęśliwa. Starałem się zawsze taką ją zauważać.

- A czy była piękna?

- Myślę, że tak.

      Wstał zza biurka i przez moment przechadzał się w poprzek pokoju. Założył przy tym ręce do tyłu.

- A ich miłość taka nie była.

- Nie rozumiem.

- Bo widzi pan, ludzie kochają się w pięknie. W pięknych krajobrazach, pięknej architekturze, pięknych przedmiotach. I w pięknych ludziach. Prawda, że czasami gusty się zmieniają. Ale piękno ma również swój ponadczasowy charakter...

- Chyba nie chce ksiądz powiedzieć, że ludzie nie kochają osób, które nie są piękne.

- Oczywiście, że nie. Nie powiedziałem przecież, że kochają wyłącznie piękno, ale że kochają się w pięknych rzeczach i osobach. Miłość jest uczuciem, które nie da się wytłumaczyć kategoriami urody, ani żadnymi innymi racjonalnymi sposobami. Ale wiedzą o tym tylko sami zakochani.

- Chyba już rozumiem. Czyli, że sami potrafimy kochać miejsca i osoby na jakiejś irracjonalnej podstawie, ale miłość innych potrafimy sobie wytłumaczyć tylko racjonalnymi metodami.

- Dokładnie tak – usiadł z powrotem. – Jak byłem mały, właśnie ekranizowali “Potop”. Kiedy ludzie dowiedzieli się, kto ma zagrać Oleńkę, podniosły się zewsząd głosy oburzenia. I nie mówiono wtedy o Braunek, że jest kiepską aktorką. Twierdzono głównie, że nie jest wystarczająco piękna, by mógł się w niej zakochać Kmicic. Rozumie pan? Nie dość piękna! Nos ma trochę za długi, za chuda, za mały ma biust. Tych parę drobiazgów sprawiało, że ludzie nie wyobrażali sobie, by się w niej ktoś mógł szaleńczo zakochać.

     Znów się podniósł i przez chwilę krążył po pokoju

– Tak, chyba ma ksiądz rację. Wszyscy wierzą w miłość dwojga pięknych ludzi. A przecież ci piękni potrafią głównie kochać samych siebie. Zresztą, gdy jedna część pary jest brzydka, to ta ładniejsza połówka pomarańczy jest posądzana przez ludzi o interesowność.

– No właśnie – pokiwał głową. – Ale przynajmniej wierzą w to, że to brzydsze kocha naprawdę. Ale gdy obydwu połówkom, tej jednej pomarańczy, daleko do kanonów urody, to ludzie w ogóle nie chcą wierzyć w ich uczucia. Uważają, że takie paskudy są ze sobą, bo nie miały innego wyboru. Aż strach pomyśleć, co ludzie sądzili o ich uczuciu. Bo to – pokazał na trzymaną przeze mnie fotografię – bo to przecież była najbrzydsza miłość świata.


Podbite oko Kubusia świadczyło o tym, że dzisiejszy dzień nie należał do najlepszych. Jedyna pociecha, że “limo” odciągało uwagę od wielkiego pieprzyka na prawym policzku, który też był powodem do zmartwień dziesięciolatka. Lecz i tak wracając do mieszkania chciał jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju. Mama była jednak szybsza. Gdy tylko usłyszała, że wchodzi do mieszkania, zaraz znalazła się na korytarzu.

- Kubuś? – zobaczyła podbite oko. – Kubusiu!

    Chłopczyk nie zareagował na głos mamy i wszedł do swojego pokoju. Był tam jednak sam tylko przez chwilę.

- Co się znowu stało? – Kubuś odłożył niedbale plecak na łóżko, ale nic nie mówił. – No ładnie, pobiłeś się z kolegami?!

- Nie pobiłem się! – zaprzeczył gwałtownie chłopiec. – To ten głupi Artur...

- Nie mów tak o swoim koledze.

- Ale to nie moja wina, że on jest głupi i cały czas mi dokucza!

- Dlaczego?

- Bo przypadkiem się dowiedział, że jestem od niego piętnaście minut starszy i nie może mi tego darować.

- I co ci robi?

- Mówi cały czas, że jestem maminsynkiem! – widać było, że Kubuś jest bardzo oburzony tym epitetem.

- Twoja wychowawczyni mówi coś dokładnie odwrotnego. Artur to podobno bardzo spokojny chłopiec, czego się nie da powiedzieć o tobie.

- Bo ona mnie nie lubi i nie rozumie!

- Czego nie rozumie?

- Że chcę być czarodziejem!

- Czarodziejem?! – mamie Kubusia bardzo nie spodobał się wymarzony zawód syna. – Już wystarczy, że twój ojciec był czarodziejem i rozpłynął się w powietrzu osiem lat temu. Teraz ja muszę pracować na dwa etaty, żeby nam starczyło do pierwszego, a on nie daje nawet znaku życia.

    Mama spojrzała na zegarek. No tak, już jest późno. Spięła w kitkę swoje długie, rude włosy i wyszła do przedpokoju ubrać się w płaszcz

- No i co z tego? Ja nie chcę chodzić do tej głupiej szkoły! – rzucił w jej stronę przez drzwi.

- Uspokój się i nie histeryzuj. Jesteś dzieckiem i jak wszystkie dzieci musisz chodzić do szkoły.

- Ale ja nie chcę chodzić do takiej szkoły, tylko do czarodziejskiej!

   Mama, ubrana już w płaszcz do wyjścia, wróciła do pokoju chłopca.

- Ile razy mam ci tłumaczyć, że żaden Hogwarth ani nawet Akademia Pana Kleksa nie istnieją. To tylko wymysł pisarzy.

- Nie wierzę! Takie miejsca na pewno gdzieś są, tylko niewidoczne dla zwykłych ludzi. I ja na pewno do nich trafię!

   Kubuś podszedł do okna i próbował je otworzyć. Udało mu się to dopiero po chwili zapasów, bo okno było wypaczone i na dobrą sprawę od dłuższego czasu nadawało się tylko do wymiany. Ale to kosztowało.

- Na razie to trafisz do książek i zeszytów, żeby odrobić lekcje na jutro.

- Nie chcę mi się.

- Za to mnie się chcę pójść do kina, ale muszę teraz lecieć do hipermarketu i pracować do dziesiątej w nocy, żebyś miał co na siebie włożyć. Ale nie myśl sobie, że cię nie sprawdzę po powrocie.

- Tata na pewno by mi pozwolił chodzić do czarodziejskiej szkoły.

- A ja ci nie pozwolę nawet otwierać okna , bo jest już zimno – mama Kubusia podeszła do okna i przez chwilę z nim się szarpała - I bez dyskusji.

     Wyszła do przedpokoju, skąd jeszcze przez chwilę słychać było jej krzątanie. W tym czasie Kubuś z kwaśną miną zasiadł nad rozłożonymi na biurku książkami. Tak naprawdę jednak tylko zerkał w stronę przedpokoju. I kiedy usłyszał trzask zamykanych drzwi, wstał i otworzył okno. Potem usiadł z powrotem nad książkami, przewracając bezmyślnie strony.

- Rany, co za nudy.

     O tym, że chłopiec nie kłamie, najlepiej świadczyły jego coraz bardziej klejące się oczy. Podparł głowę dłonią, ale to nie dało efektu. I gdy już właściwie zasypiał, ocucił go powiew chłodnego wiatru. Otworzył szerzej oczy i przetarł je mocno. To, co zobaczył, wyglądało wprawdzie jak jego pokój, ale z pewnością nim do końca nie było. Nie oświetlał go już stary żyrandol, ale niebieska poświata, padająca nie wiadomo skąd. Wszystkie meble nabrały jakiegoś groźnego wyglądu, a książki, które przed chwilą miał przed sobą, znikły!

    Za to na parapecie otwartego okna pojawił się mężczyzna w śmiesznym cylindrze i kolorowym fraku. Na nogach miał jasnoczerwone buty i wielką brodę. Lecz nie to przykuło najbardziej uwagę chłopca. Tym czymś był wielki pieprzyk na prawym policzku, niemal identyczny jak Kubusiowy!

- Witaj, Kubusiu – odezwał się mężczyzna w kolorowym fraku.

- Kim pan jest?! Mnie nie wolno wpuszczać do domu nikogo obcego!

- Dlatego mnie nie wpuściłeś. Wszedłem tutaj, zupełnie sam. A raczej wleciałem przez okno.

- Niemożliwe, mieszkamy na piątym piętrze...

- No i właśnie, dlatego nie wszedłem, ale wleciałem. Strasznie bym się zmęczył, gdybym musiał się wspinać po ścianie. Zresztą, po co miałbym to robić? W końcu jestem czarodziejem.

- To niemożliwe...

- Dlaczego niemożliwe? – obruszył się czarodziej. – Jak to niemożliwe?! Chyba nie jesteś takim niedowiarkiem, jak twoja mama?! Jeszcze pół godziny temu sam jej mówiłeś, że chcesz iść do szkoły magii.

- No tak, ale...

- Co, ale? Jakie, ale? To chcesz, czy nie?

- Chcę, ale sam nie mogę uwierzyć... Wiem! Pan mi się na pewno śni. Tuż przed tym, zanim pan przybył, siedziałem nad strasznie nudnymi lekcjami. Na pewno zasnąłem i to wszystko, to jest sen.

   Czarodziej spojrzał na niego zafrasowany.

- Tak, chyba się pomyliliśmy...

- Kto się pomylił?

- My, akceptując twoją kandydaturę Kubusiu, do naszej Akademii Magii. Ale to się zdarza. No nic, nie będę zajmował ci więcej czasu. Muszę lecieć.

    Podał zaskoczonemu chłopcu rękę na pożegnanie, odwrócił się i poszedł w stronę okna. Przez ten ułamek sekundy Kubuś po raz pierwszy mógł się dokładniej przyjrzeć jego twarzy, bo wcześniej jego gość nawet na chwile nie przystawał.

- Niech pan poczeka... - czarodziej zatrzymał się – Chyba już gdzieś pana widziałem... Tylko ta broda...

-Niemożliwe, żebyś mnie widział.

- Dlaczego?

- Bo ja jestem niewidzialny. I dopiero w związku z tym zaproszeniem mogłem ci się pierwszy raz pokazać. – stanął na parapecie. – Pierwszy i ostatni, bo więcej szans już nie dostaniesz.

- Niby czemu?

- Bo jeśli nie wierzysz w czarodziejów, nie możesz pobierać u nas nauk.

- Ale ja wierzę – Kubuś podszedł do niego. – Tylko to wszystko jest takie nagłe, szybkie...

- No to chodź, lecimy...

   Czarodziej podał rękę Kubusiowi i obaj stanęli na parapecie. Kubuś trochę przerażony spojrzał w dół.

- Aleeee, tu jest strasznie wysoko.

- Boisz się? Przecież będę cię trzymał za rękę.

- Może najpierw się przelecimy po pokoju? Tak na próbę, żebym zobaczył jak to jest?

- Nic z tego. Albo wierzysz, że jestem czarodziejem i ze mną lecisz, albo odlatuję sam i już nigdy mnie więcej nie zobaczysz!

- No dobrze. Ale czy mogę zamknąć oczy?

- Jak chcesz. Ominie cię śliczny widok. No to lecimy!

    Kubuś zamknął oczy. Po chwili poczuł, że jego stopy tracą kontakt z podłożem, a wiatr owiewa jego ciało dużo mocniej niż zwykle.

- Czy już lecimy? – zapytał jednak niepewnie.

- Oczywiście. Możesz otworzyć oczy.

    Kubuś przez chwilę się wahał. W końcu jednak przemógł się i najpierw otworzył prawe oko, a potem lewe. Robił tak zawsze, gdy coś zbroił i nie chciał widzieć tego efektów. Dlatego mama powtarzała, że jego prawe oko jest odważniejsze od lewego.

- Aaaaaaaa! – krzyknął zobaczywszy pod sobą panoramę rodzinnego miasta.

- Przecież trzymam cię za rękę.

- Ale ja mam lęk wysokości.

- To trzeba było tak od razu mówić. Dałbym ci magiczne krople. Lęk wysokości nie jest zakazany dla czarodziejów.

- Bałem się, że pan odleci beze mnie.

     Po chwili Kubuś stracił z oczu swoje miasto, bo wlecieli w chmury. Gdy już znaleźli się ponad nimi, czarodziej skręcił w prawo i po chwili wylądowali miękko. Kubuś poznał to po tym, że Czarodziej puścił jego rękę a pod stopami poczuł grunt. Chłopiec spojrzał w dół, ale to, czego dotykał, nie dawało się w żaden sposób określić. Było to po prostu białe-coś-pod-nogami.

- Jesteśmy na miejscu.

- Czy to już jest Akademia Magii? – Kubuś rozejrzał się ze zdziwieniem. Wokół nie było widać żywego ducha.

- Nie, do niej jest jeszcze daleka droga. Trzeba zdać pięć egzaminów.

- Ale ja się... nie przygotowałem. Ja nic nie umiem! Musiałbym poczytać parę książek o czarach...

- Tu się nie potrzebujesz nic uczyć, nie na tym polegają egzaminy. Zresztą pierwszy z nich już zaliczyłeś wylatując ze mną przez okno. Pozostałe też badają wyłącznie twoje naturalne talenty w kierunku bycia czarodziejem.

- A rozumiem. Czarów będę się uczył w Akademii.

- Nie, tam się też niczego nie uczysz.

- To skąd potem umiem czarować?

- Widzisz, ulegasz głupim przesądom panującym wśród zwykłych ludzi. Oni wiedza jedynie, że istnieją takie miejsca jak Szkoły Czarowania i myślą, że muszą one być podobne do ich szkół. A to przecież nielogiczne, bo jeśli można coś wyczarować, to po co męczyć się robieniem tego? Dlatego nasi uczniowie po prostu przychodzą do klasy, a tam profesor czarodziej wypowiada odpowiednie zaklęcie i wszyscy uczniowie otrzymują odpowiednio porcję umiejętności czarowania.

- To po co ta szkoła? – chłopiec był trochę zawiedziony. – Nie można by od razu wyczarować... czarodzieja?

- A nie, to byłoby zbyt duże obciążenie. Do posiadania magicznej mocy trzeba się przyzwyczajać, bo zbyt wiele na raz rozsadziłoby człowieka od środka lub przygniotło do ziemi. Dlatego dopiero po dziesięciu latach nauki posiada się odpowiednią wiedzę. Na tym polega nauka w naszej Akademii... Czemu masz taką zawiedzioną minę?

- Myślałem, że bycie w takiej szkole jest dużo fajniejsze.

- No bo jest fantastyczne, sam zobaczysz! Cały dzień można nic nie robić, tylko czarować, czarować i czarować... Ale nie zawracajmy sobie tym głowy. Czas na drugi z egzaminów.

- Co mam zrobić?

- Tego ci właśnie nie mogę powiedzieć. Ten egzamin musisz znaleźć sam.

    Kubuś rozejrzał się bezradnie wkoło. Nadal, jak okiem sięgnąć, nie było widać absolutnie nic.

- Ale tu... – odwrócił się w stronę, gdzie jeszcze przed chwilą stał Czarodziej. Jego jednak też już nie było. Tylko z oddali, jakby zza mgły, dobiegł jego głos.

- I o to właśnie chodzi.

   Chłopiec rozejrzał się raz jeszcze.

- O to chodzi, że tu nic nie ma?! I co, mam sobie sam ten egzamin wymyślić?

     Zrezygnowany usiadł na białym-czymś-pod-nogami. Głowę miał spuszczoną, dlatego nie zauważył, że nagle, nie wiadomo skąd, pojawiła się wiewiórka... Nie, to nie była wiewiórka, ale wielka, ogromna Wiewióra! Patrzyła uważnie pod nogi jakby czegoś szukała. W końcu podeszła do Kubusia i dotknęła górnymi łapkami jego ramienia. Chłopiec podskoczył do góry ze strachu.

- Przepraszam, czy nie widziałeś orzeszków? Hihihihihihihhihi... – zachichotała wiewiórka.

- Nie, nie widziałem... – Kubuś uważnie przyjrzał się ogromnej postaci zwierzątka, które było dwa razy większe od niego. Kogoś mu przypominało, ale nie wiedział kogo...

- Czemu mi się tak przyglądasz? Hihihihihihihhihi....

- Bo, bo...., bo.... nie wiem

- No jak to, nie wiesz, a przyglądasz się? Hihihihihihihhihi...

- No tak, bo... Czy ty jesteś moim egzaminem?

- A czy ja wyglądam jak egzamin? Hihihihihihihhihi...

- No nie wiem... – gdyby nie ten dziwny chichot, Kubuś mógłby przysiąc, że w zwierzątku siedzi głos jego mamy. Ale mama właściwie nigdy się nie uśmiechała... – A jak powinien wyglądać egzamin?

- Właściwie też nie wiem – wzruszyła ramionami Wiewióra. – Ale raczej chyba powinien być jakiś taki poważny... Hihihihihihihhihi... A ja jestem raczej mało poważna.

- To prawda.

   Kubuś westchnął zmartwiony. Jeśli ta wielka Wiewióra nie jest jego egzaminem, to co nim jest?

- Ty pewnie jesteś kandydatem do tej Akademii Magii?

- Skąd wiesz?

- Co i raz tu jakiegoś takiego przyprowadzają, który nie wie, co ze sobą zrobić. Hihihihihihihhihi...

- A co robią?

- Różnie. Kręcą się w kółko bez celu, albo czasem ze mną rozmawiają. Potem przylatuje taki wielki czarodziej w kolorowym fraku i mówi takiemu, czy zdał, czy nie. Hihihihihihihhihi... Powodzenia...

- Będzie mi potrzebne. Obawiam się, że jak nie znajdę tego egzaminu, to będę musiał wrócić do domu i do nudnej szkoły...

- Głowa do góry. Doświadczenie mówi mi, że zdasz. Ci co ze mną rozmawiają, zawsze zdają... Hihihihihihihhihi...

    Ruszyła w stronę, z której nadeszła i rozpłynęła się równie nagle, jak się pojawiła.

- Ale....

- Witaj Kubusiu – za plecami chłopca znów pojawił się Czarodziej.

- Już jesteś?

- Tak. Czas egzaminu minął.

- No to nie zdałem.

- Tego nie powiedziałem. Co robiłeś, kiedy mnie nie było?

- Nic. Rozmawiałem tylko z taką duża, śmieszną Wiewiórą.

- No to gratuluję! Zdałeś celująco.

- Ale jak to, przecież ja nic nie zrobiłem...

- I nie musiałeś. To był egzamin, który miał sprawdzić twoją wyobraźnię. Tylko ktoś obdarzony wielką wyobraźnią może uwierzyć w czary i wielkie Wiewióry, które tak naprawdę nie istnieją. Tak jak czary... w pewnym sensie. Dlatego potrzeba ogromnej wyobraźni, żeby ją zobaczyć... Dlatego lecimy dalej.

    Chwycił chłopca za rękę i oderwali się od białego-czegoś-pod-nogami.

- A co teraz?

- Kolejny egzamin.

- Znów będę się go musiał domyślić?

- Nie, tym razem ci powiem. Ale najpierw będziesz musiał poznać swojego rywala – znów wylądowali na białym-czymś-pod-nogami. – A oto i on.

   Przed Kubusiem pojawił się inny dziesięciolatek. Dłubał w nosie i zdawał się niczego nie zauważać. Ale widok jego bezczelnej twarzy wystarczył, żeby rozzłościć Kubusia.

- Ale to przecież jest.... Artur!

  Ruszył ze złością w stronę kolegi, ale Czarodziej chwycił go za kołnierz

- Daj spokój, na razie cię nie widzi.

- Ale to nie może być on!

- Dlaczego?

- To mój najgorszy wróg, przyczyna moich wszystkich nieszczęść.

- To teraz będziesz sobie mógł to odbić.

- Ale co on tu robi?

- Też chce być czarodziejem. Tak jak ty zdał dwa poprzednie egzaminy.

- O nie i możemy obaj trafić znów do jednej szkoły?!

- Nic z tych rzeczy. Pójdzie tam tylko jeden z was. Ten, który wygra.

- Super. Powiedz mi co mam zrobić.

- Pokonać go w walce na bzdury... Ja będę sędziował

    Czarodziej pstryknął palcami i Artur rozdziawił szeroko usta.

- Co ty tu robisz? – był chyba równie nieszczęśliwy jak Kubuś z powodu tego, z kim przyszło mu rywalizować.

- To samo co ty. Ale tylko jeden z nas wyjdzie z tego pojedynku zwycięsko. I będę to ja!

- W życiu nie słyszałem większej bzdury.

- To jeden zero dla mnie.

- Nic z tego !

- Przecież sam przyznałeś. Czyli wiesz, o co walczymy....

- To się nie liczy, pojedynek się jeszcze nie zaczął. A w kłamaniu jestem od ciebie lepszy. Przecież wszyscy myślą, że to ty mi dokuczasz.

- Tu na szczęście mamy obiektywnego sędziego!

    Czarodziej uśmiechnął się zadowolony. Rozgrzewka, którą obejrzał, zapowiadała ciekawy pojedynek.

- No, chłopcy, jesteście gotowi? A więc do dzieła. Gramy do trzech wygranych, zatem maksymalnie przed wami pięć pojedynków. Pamiętajcie, nie dajcie się ponieść, bo liczy się każde słowo. Zacznijmy... alfabetycznie. Artur pierwszy.

- Mam same piątki i jestem najgrzeczniejszy w klasie.

- Słabiuchno, Arturku, rozczarowujesz mnie. Teraz kolej na ciebie, Kubusiu.

- Artur to mój najlepszy przyjaciel. Bardzo go lubię.

- No, no, już znacznie lepiej. Jeden zero dla ciebie, Kubusiu. Teraz ty dwa razy zaczynasz pierwszy.

   Kubuś przeskakiwał przez chwilę z nogi na nogę, szykując się do zadania “ciosu”.

- Słońce krąży wokół Ziemi

- A właśnie, że nie, bo ziemia jest płaska i leży na czterech żółwiach!

- Bzdura Artura jest lepsza. Mamy remis. Musisz się bardziej postarać Kubusiu.

  Kubuś znów przez chwilę przeskakiwał z nogi na nogę. Podrapał się w okolicy pieprzyka na policzku, co robił zawsze, gdy intensywnie się zastanawiał.

- Dzieci przynosi bocian.

- Phi. A prezenty na gwiazdkę przynosi święty Mikołaj!

- Punkt dla Kubusia!

- Dlaczego? Przecież to straszna bzdura, że prezenty przynosi Mikołaj! Ja widziałem, jak wujek Stefan przebierał się w ten okropny strój i doklejał sobie brodę...

- Arturze i to mówi kandydat na czarodzieja? Kandydat na czarodzieja musi bezwzględnie wierzyć, że prezenty na gwiazdkę przynosi święty Mikołaj! On jest nierozłączną częścią czarodziejskiego świata!

- Ale...

- Nie ma żadnego ale. Jestem ostatecznym sędzią, który nie przyjmuje żadnych protestów. Lepiej przygotuj się dobrze do następnej bzdury, bo może być decydująca....

- A moja mama jest wielką, mówiącą wiewiórką! wypalił Artur niemal bnez zastanowienia.

- Nieprawda, to moja jest wiewiórką...

- Punkt dla Artura. Powtórzenie argumentu przeciwnika to porażka. Remis.

- Ale ja jeszcze...

- Mówiłem, Kubusiu. Trzeba umieć trzymać nerwy na wodzy. Ostatnia runda. Tym razem mówicie razem. Przygotujcie się dobrze... Jesteście gotowi?

    Chłopcy kiwnęli twierdząco głowami.

- Uwaga, trzy cztery...

- Mój tata jest czarodziejem!!! – wykrzyknęli równocześnie Kubuś i Artur.

     Zapadła krótka chwila milczenia. Chłopcy spoglądali ze zdziwieniem to na siebie, to na Czarodzieja, który w końcu orzekł:

- Remis.

- Nie może być remis – zaprotestował Kubuś. – Jeden z nas miał przegrać i wrócić tam, gdzie jego miejsce.

- Ale padł remis.

- To co, obaj dostaniemy się do Akademii Magii? – dopytywał się Artur.

- A nie, to jest niemożliwe. O wszystkim zadecyduje czwarty egzamin. Bardzo trudny. Niewielu go przechodzi

- A co mamy robić?

- Nic.

- To pewnie jakaś pułapka, jak z tą wiewiórką! – stwierdził Artur.

- Nie – zaprzeczył Czarodziej. – Wtedy nie mogłem wam powiedzieć na czym polega egzamin, a teraz to zrobiłem.

- Ale powiedziałeś, że mamy nic nie robić zdziwił się Kubuś.

- Właśnie. To jedna z najważniejszych umiejętności czarodzieja i jeśli ktoś nie ma do tego odpowiedniego talentu, to nie ma co szukać w Akademii Magii.

- Jak to, czarodziej nic nie robi? – nie posiadał się ze zdumienia Artur.

- Właśnie tak. Czarodziej nie sprząta, nie gotuje, nie wynosi śmieci...

- Tylko cały czas gra w piłkę! – ucieszył się Artur. – Hura! To już wygrałem!

- Niestety, czarodziej nie może grać w piłkę. Wszystkie gry zostały zakazane wśród czarodziejów przez nasz związek zawodowy jako zbyt niebezpieczne.

- Gra w piłkę też?

- Oczywiście. Chęć zwycięstwa czasem była zbyt duża i zdarzało się, że jakiś czarodziej zamieniał w ostatniej chwili piłkę w kulę ognia i bramkarz drużyny przeciwnej był cały poparzony...

- Hmmm, coraz mniej mi się podoba bycie czarodziejem – posmutniał Artur.

- To możesz zrezygnować – uśmiechnął się Kubuś.

- I dać ci wygrać?! Nigdy w życiu! W nicnierobienu jestem prawdziwym mistrzem. Mamie jeszcze nigdy nie udało się zagonić mnie do odrabiania lekcji.

    W ręku Czarodzieja pojawił się wielki zegar. Zawiesił go na białym-czymś-wokoło i zwrócił się do chłopców.

- A więc zaczynajmy. Jedyne, co wolno wam robić, to rozmawiać ze sobą. Wrócę do was, kiedy wszystko się już rozstrzygnie.

    Chłopcy usiedli na białym czymś pod nogami. Rozpoczęli nic nie robienie, które polegało głównie na patrzeniu w tarczę zegara i w twarz znienawidzonego przeciwnika. Widać było, że z każdą chwilą są coraz mocniej wyczerpani egzaminem. Bo czym innym jest nienierobienie, kiedy coś trzeba zrobić, a czym innym, gdy nic zrobić nie można.

- Boże, co za nudy – jęknął w końcu Artur.

- Straszne.

- Zawsze mi się wydawało, że bycie czarodziejem jest dużo fajniejsze.

- Mnie też. Ale może potem będzie fajniej?

- Może... Zagramy w coś?

- Dobra, dobra, podpuszczasz mnie, żeby wygrać. Nie jestem taki głupi.

- Ale ja myślałem, że w jakąś słowną grę, albo coś.

- No nie wiem, czy tak można... – zawahał się Kubuś.

   Ich męczarnia trwała już niemal cztery godziny. Lecz nagle w zasięgu wzroku chłopców pojawiła się piłka. Nie taka zwyczajna piłka. Chłopcy od razu poznali, że to model, którym rozgrywano ostatnie mistrzostwa świata. Nadleciała z lewej strony, odbiła się kilkukrotnie od czegoś-białego-pod-nogami i odleciała w prawą stronę, odprowadzona łakomym spojrzeniem Artura i Kubusia.

- Czy to była piłka? – zapytał Artur.

- Chyba tak.

    Ledwo Kubuś wypowiedział te słowa, futbolówka znów pojawiła się w zasięgu ich wzroku. Tym razem pojawiła się z prawej strony, odbiła się kilkukrotnie od czegoś-białego-pod-nogami i odleciała w lewą stronę.

    Tym razem chłopcy nie skomentowali faktu jej pojawienia się, tylko wpatrywali się w punkt, w którym znikła. Nie na długo zresztą, bo już po kilkunastu sekundach zobaczyli ją ponownie, jak odbijała się od białego-czegoś-pod-nogami.

- Nie wytrzymam! – krzyknął Artur i dopadł do piłki. Zgasił ją na białym czymś pod nogami i zaczął prowadzić przy stopie – Zbliża się do bramki, mija obrońców iii goooooooooooooool.

   I to było ostatnie jego słowo, jakie słyszał Kubuś. Artur rozpłynął się razem z piłką. Na jego miejsce pojawił się za to uśmiechnięty Czarodziej.

- Gratuluję, Kubusiu. Wygrałeś.

- Pomogło mi trochę szczęście.

- O nie, nie. Nie ma mowy o żadnym szczęściu. Przecież ta piłka nie pojawiła się tu przypadkowo. To ty ją wymyśliłeś. Jak wiewiórkę. Dlatego teraz możemy przystąpić do ostatniego egzaminu. Lecimy.

   Chwycił Kubusia za rękę i zaczęli zlatywać w dół. Po chwili byli już pod chmurami, a pół minuty później chłopiec zaczął rozpoznawać ulicę swojego miasta. Po kilku sekundach znajdował się na parapecie swojego pokoju.

- To przecież jest mój dom.

- Nie, to już nie jest twój dom.

- Jak to? – zdziwił się. – To przecież jest moja mama! – krzyknął radośnie na widok wchodzącej do pokoju kobiety, ale zaraz przestraszył się. Na szczęście mama go nie widziała. Za nią do pokoju wszedł ktoś jeszcze.... – Co tu robi Artur?!

- To jest w tej chwili jego dom.

  Mama Kubusia przytuliła Artura, całując go w czuprynę.

- Ale dlaczego?!

- Zwolniło się miejsce po tobie. A ponieważ Artur był młodszy od ciebie tylko o piętnaście minut, wskoczył na twoje miejsce. Następny zastąpił Artura... i tak dalej.

- Ale... ja chcę wrócić do mamy!

    Chciał podbiec do niej ale niewidzialna szyba nie pozwolił mu przekroczyć parapetu pokoju, należącego jeszcze do niedawna do niego.

- Mamo, mamusiu, odezwij się do mnie! – krzyknął rozpaczliwie.

- Nie widzi cię.

- Mamo...

- Kubusiu, rozczarowujesz mnie – obruszył się Czarodziej. – Życie czarodzieja jest takie wspaniałe, a ty chcesz do mamy? Przecież chyba nie jesteś maminsynkiem?

- Nie jestem! – zaperzył się Kubuś. – Ale dlaczego nie mogę być jednocześnie czarodziejem i tym, kim byłem do tej pory?

- Dlatego, że czarodzieje są niewidzialni.

- Nieprawda! Przeczytałem wiele książek o czarodziejach i nigdzie nie było napisane, że muszą być niewidzialni.

- A widziałeś kiedyś jakiegokolwiek czarodzieja, poza mną, oczywiście?

- Noooooo.... nie.

- To już rozumiesz, ile są warte książki o nich. Czarodzieje żyją w zupełnie innym świecie i tylko czasem na chwilę mogą pokazać się zwykłym śmiertelnikom. Czyimś dzieckiem nie można być tylko przez chwilę. To zajęcie na cały dzień.

- A egzamin? – przypomniał sobie Kubuś.

- To właśnie jest ostatni egzamin. Musisz to zaakceptować, jeśli chcesz być czarodziejem.

- I już nigdy nie zobaczę mamy?

- Ależ skąd, jako czarodziej, możesz być zawsze i wszędzie.

- Ale mama nie będzie mnie mogła przytulić?

- Oj, czyżbym znów słyszał głos maminsynka?

- Nie – zaprzeczył Kubuś, który bardzo nie lubił tego określenia. – Skoro inaczej nie można, to dobrze. Niech tak będzie.

- A więc niech się stanie dokładnie tak, jak chcesz.

   Wokół zaczął straszliwe dąć wiatr. Czarodziej puścił rękę Kubusia i rozpłynął się w powietrzu. Chłopiec słyszał już tylko jego głos, dobiegający z oddali i wypowiadający zaklęcie.

- Niech się stanie to, co chcesz; w dół i w górę, wzdłuż i wszerz; znajdź się tam, gdzie pragniesz być, by na zawsze już tam żyć...

    Ogromny wir powietrza zaczął nagle wciągać chłopca w swoje wnętrze. Kubuś krzyknął przestraszony i zamknął oczy. Gdy je otworzył, zobaczył, że jest w swoim dawnym pokoju, na krzesełku. Przed nim na stoliku były rozłożone książki.

- Jestem w domu... Ale przecież wybrałem bycie czarodziejem! Więc pewnie spałem i to wszystko to był tylko sen. Od początku to wiedziałem...

- To nie był sen...

    Kubuś rozejrzał się, ale był sam w pokoju.

- Kto to?!

- Pan Czarodziej – głos Czarodzieja był “wszechobecny” i zdawał się wypływać z każdej ze ścian.

- Gdzie jesteś?

- Tutaj. Nie rozglądaj się bez sensu, przecież mówiłem ci, że czarodzieje są niewidzialni.

- Ale dlaczego ja nie jestem niewidzialny i wróciłem do domu?

- Bo taka była twoja wola.

- Przecież mówiłem co innego!

- Ale czary nie zwracają uwagi, na to co mówisz, tylko jak naprawdę myślisz. A w twojej głowie była inna decyzja niż w twoich ustach.

- Czyli, że znów jestem zwykłym Kubusiem?

- Nie takim zwykłym...

- I nie będę już mógł czarować?

- Nie, ale masz prawo do jednego, czarodziejskiego życzenia.

- Muszę je powiedzieć na głos?

- Nie, wystarczy tylko, że zamkniesz oczy i je pomyślisz... – głos Pana Czarodzieja z każdym słowem stawał się coraz cichszy i bardziej odległy. – Tylko musisz się pospieszyć, bo wzywają mnie już do innego kandydata. Wkrótce o mnie zapomnisz, a nasze spotkanie będzie wydawało ci się snem...

    Kubuś zamknął oczy i zaczął szukać w głowie życzenia. Chociaż tak naprawdę wiedział jakie ono jest, bo zawsze tam było. Tylko bał się o to poprosić. Nie wierzył, że może od Czarodzieja dostać aż tyle...

      Z przedpokoju dobiegł go zgrzyt otwieranych drzwi.

- O rany, mama wróciła z pracy! – spojrzał z przerażeniem na zeszyty. – Nie odrobiłem lekcji...

  Do pokoju weszła mama Kubusia. Chłopiec spojrzał na nią ze zdziwieniem. Wydawało mu się, że gdy wychodziła, wyglądała inaczej.

- Mamusiu, ja....

     Zamilkł w pół słowa. Zza postaci mamy wyjrzała kolejna osoba. Sympatycznie uśmiechnięta, z wielkim pieprzykiem na policzku. Takim, jak u Kubusia.

- Czemu się tak na mnie patrzysz, Kubusiu?

- Pan Czarodziej?

- Jaki Czarodziej? – zdziwiła się mama. – Znów pewnie czytałeś te głupie książki o czarodziejach, zamiast się uczyć!

- Daj mu spokój, Wiewióreczko...

- Wiewióreczko?! – wykrzyknął Kubuś.

- Czemu się dziwisz? Hihihihihihih – zachichotała mama. – Przecież tata zawsze tak na mnie mówi – potrząsnęła swoją spiętą rudą kitką, żeby nie było wątpliwości, dlaczego tak jest.

- No właśnie – przytaknął przybysz i zwrócił się do mamy Kubusia. – Przecież odrobiłem z nim lekcje, zanim wyszliśmy do kina.

- Do kina? Byliście w kinie?

- A czemu tak cię to dziwi. Przecież mówiliśmy ci z tatą, że idziemy do kina. A gdzie myślałeś, że byliśmy?

- W hipermarkecie... To znaczy, że ty byłaś w hipermarkecie, bo musisz dorabiać...

- Kochanie, on chyba ma gorączkę – przybysz przyłożył rękę do czoła Kubusia, pokiwał z niezadowoleniem głową. Następnie podszedł do okna, żeby je zamknąć. Zrobił to lekko, bez najmniejszego problemu.

- No tak, otworzył okno – zdenerwowała się mam Kubusia. – A przecież upominałam cię, że masz zamknąć okno.

- To się zgadza! – uradował się chłopiec. Wreszcie coś przypominało okres sprzed wizyty Czarodzieja.

- A co się nie zgadza? – mama chłopca nie rozumiała jego zachwytu.

- Cała reszta... – do Kubusia nagle dotarło, co się stało. Klepnął się ręką w czoło – Rozumiem, pan Czarodziej zdążył spełnić moje życzenie!

- Od dzisiaj koniec z czytaniem tych głupich książek...

- Wiewióreczko...

- Widzisz, potem nie odróżnia rzeczywistości od swojej fantazji. To niebezpieczne. A ty, zaraz marsz do łóżka. I zapomnij o byciu czarodziejem.

- Już zapomniałem.

   Przytulił się mocno do swoich rodziców.

    “Jak dobrze, że znów są razem. – pomyślał. – Chociaż właściwie skąd mi przyszło do głowy, że mogą być osobno? Przecież bardzo się kochają...”

    Spojrzał do góry na uśmiechniętych rodziców.

   “O co tej mamie chodziło z tym czarodziejem? Że niby ja chciałbym nim być?

Po co?”

kentaki : :

menstruacjon Komentarze (0)
26. listopada 2008 19:24:00
linkologia.pl spis.pl
Czas na new life??
NIE WIEM.Nic nie wiem.nie wiem jak zacząć...znowu cos sie zmieniło...zostawiłam Dawida...nie myślałam ze tak będzie...zaczynam zyc nowym zyciem, czyims zyciem niekoniecznie moim...znowu za duzo sie dzieje...sama nie wiem czy robie dobrze...ludzie popełniaja błędy przeciez...ale tu jz nie bedzie znaku wróć ,delete pozostanie tylko delete'm a w zyciu liczy się tak naprawde tylko enter. Zmiieniłam się ja, zmieniło się moje zycie i poglądy na wiele spraw. Zyje już w Koszalinie , tam mam swój świat i kogos być może kto go pomaluje.Czasami nie jest tak jak powinno być...czasami się boję...porywam się na falę, która jest większa odemnie. Zadko spotykam sie z czyms takim...
Dzika Dzikuska (17:54)
2 few comments

13 stycznia 2008
Znowu cos:)
Jakbym miała przyatczac fragmenty rozmowy wczorajszej z gg to było by grubo:D moze kilka...:D -(x)- jak stutki stoja -(y)- jak wieza babel -(x)-a czemu jak wieza babel w pizie tez jest -(y)-nieeeeeee w pizie ejst krzywa -(x)-heehe -(y)-przeciez nie powiem ze moje sutki sa jak stonehenge bo musiałabym miec 6 par cyckow jak wilczyca rzymska:D No rozmowy były ogólnie...przekrojowe przez mitologie, podróze i architekturę:D Grubo:) ale to tylko fragment. Gała trzymaj sie jestes boski a my zawsze dawamy rade.Ogólnie chodziło mi o linie maginota (marzinota) cos tam linia umocnien francji na granicy z niemcami i luksemburgiem.Chyba tak, mi sie przypomniało:) I TY tego nie wiedziałes:) a ja TAk:) ale wyjatkowo:) U innych był zawsze defizyt na rozum:) u nas na wiedze:D Tak to bywało...to rob te projekty i sie douczaj (istnieje cos takiego jak sciaga!!!!). Strucla mnie wkurza ostatni wtedy kiedy ja musze sie uczyc i malowac on szuka planów na weekend i ma opisy nudzi mi sie moze sie poucze w takim razie....czowieku wyluzuj sa lepsze rzeczy do robienia niz nauka:D Aha dla wszystkich zainteresowanych. Zmieniam bloga.Ale nie dlatego ze ten mis ie nie podoba bo mi sie podoba bo jest mój:D tylko dlatego zo moja matka ostatnio weszy.Wiec jak chce pisac co sie ze mna dzieje i ze wrazcam o 7 do domu i ze pije czy cos to załoze takiego na hasło:) i ja podam osobiscie:) SeeYA! pozder dla: lagunkowego potworka który siedzi nad miniaturowymi domkami:) swoja droga komentuj jedzo:D gałe strucle esterke anke dawida wojtka(przykro mi przepraszam jest sytuacja jaka jest a ja naprawde chetnie obejrzala bym ten zachód słonca nad morzem:((() no i thats all moze jeszczen stockera i ravengera:) see ya soon:)
Dzika Dzikuska (14:55)

kentaki : :

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
2930311234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930311

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

lelujka | lovable | paula2004 | czuczu181 | justysiiaa | Mailing